Dlaczego nie wychodzi?

Zastanawiam się, dlaczego, mimo tak wielu prób, podjęcia terapii, starań, wciąż nie jest OK. Wciąż mam te same czarne myśli, obsesje, wciąż wracają stany depresyjne. Nie jestem nieszcześliwa cały czas..Ale nie jestem też szczęśliwa..

Chyba dopiero ostatnio doszłam do tego. Mam schemat działania: jest bardzo żle, to zaczynam brac leki i kolejna terapię. Robię, co trzeba (? – no właśnie) i dochodzę do stanu, kiedy jest fajnie, obsesje odpuszczają a ja czuję, że nabieram wiatru w skrzydła i snuję plany na przyszłość. Taki stan nie trwa zbyt dlugo, stopniowo nastrój się pogarsza, aż wracam do punktu wyjścia, wściekła i zrozpaczona, że już nigdy nie będzie dobrze.

Jestem beznadziejnym przypadkiem? Nie da mi się pomóc? Mogę tylko brać leki i jakoś tam przekulać sie do śmierci?

Myślałam o tym sporo i może jednak przyczyna niepowodzeń tkwi gdzie indziej, nie w źle dobranej terapii czy lekach. Może ja o siebie za mało dbam?

Może powinnam potraktować swoje problemy jak przewlekłą chorobę, w której nie wystarczy łykać tabletki i czekać na cud. Kiedy choruje ciało, oprócz tabletek możemy wdrożyć dietę, zmienić nawyki, podnieść aktywność fizyczną, monitorować parametry organizmu.

Czemu tak nie potraktować duszy? Nie tylko tabletki i terapia, ale codzienne dbanie o siebie. Dotychczas nie uwzględniałam tego. Niby wiedziałam, że powinnam poświęcić sobie czas, wyciszać się itp. Ale uparcie sobie tego odmawiałam, bo po co? Skoro chodze na terapię, to powinno to wystarczy.

Boleśnie się przekonuję, że nie. Czuję bardzo silny opór, żeby stosować rózne techniki na codzień. Fizjoterapeutka powiedziała mi, że jestem bardzo, bardzo pospinana. I co ja z tym robię? niby ćwiczę jogę, ale bardzo nieregularnie. Relaksacje? Spróbowałam kilka razy. Afirmacje? Nigdy nie robiłam tego regularnie, żeby poczekać na efekty. Próbowałam wielu metod, ale żadnej nigdy dłużej niż kilka dni. Kiedy tylko poczułam się lepiej, rzucałam to w cholerę, bo po co się wysilać, skoro jest już dobrze. I jak widać, zawsze płacę za to wysoką cenę.

I to być może to. Mój organizm, mózg z całych sił walczy, żebym nic z sobą nie robiła. Zawsze znajdę jakieś wymówki, żeby „zapomnieć” o codziennych ćwiczeniach czy stosowaniu technik. A przecież dobrze wiem, że np. po bieganiu czułam się naprawdę dobrze. To dlaczego zrezygnowałam po kilku miesiącach? I tak ze wszystkim?

Brak mi wytrwałości, ale chciałabym poznać przyczynę takiego oporu, oporu przed poprawą swojego życia…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *